Fonoteka i pierwszy jej fragment

6 03 2008

Nadszedł koniec kolejnego wyjątkowo gorącego weekendu. Znakomita większość mieszkańców Chicago skryła się we wnętrzach swoich mieszkań. Nareszcie mogą odpocząć od żaru czerwcowego dnia. Ich aktywność tego wieczoru sprowadzi się do chciwego wystawiania twarzy za okno – tylko schłodzone wieczorną burzą powietrze może odprężyć skórę. Wyobraźnia pomoże zazdrosnym myślom przenieść ich na przyjęcie do ogrodu jednej z bogatych willi Long Island. Ci mocniej stąpający po ziemi raz jeszcze usiądą nad kartką i policzą wydatki związane z wyczekiwanym, zbliżającym się wyjazdem.

Tak postąpi większość, lecz nie wszyscy. Dla części obywateli Chicago niedzielny wieczór to pierwszy, ale i zarazem ostatni dzień wolny w tygodniu. Nie mają zamiaru go stracić.

Johnny Hooker to jedna z tych postaci, której nigdy nie widziało się na oczy, a i tak każdy wie o nim sporo i ma na jego temat wyrobione zdanie. Co dziwniejsze darzy go także trudną do wytłumaczenia sympatią. Mówi się, że pierwsze, co dostrzega się w jego oczach to błysk zdradzający specyficzną bystrość i inteligencję cechującą ludzi z natury prostych. Wolnym krokiem kierujemy się w stronę miejsca, w którym nawet taki wygadany gość jak Johnny Hooker nie zwykł się pojawiać. Nie miałby potrzebny tu być, nie miałby też możliwości. Jedyny jarzący się neon na uśpionej w mroku ulicy daje nam wyraźny znak, zaprasza do wstąpienia, a prośba ta brzmi praktycznie jak rozkaz. Pewnym krokiem mijamy nalanego, rosłego bramkarza w śliwkowym garniturze. Idziemy wyprostowani, patrzymy przed siebie – nie możemy okazać wciąż rosnącej w nas niepewności.

Pomieszczenie, w którym znajdujemy się po pokonaniu kilku stromych schodków jest niewielkie. Nisko zawieszony sufit sprawia, że nawet najtwardsi będą mogli na własnej skórze odczuć czym jest klaustrofobia. Puste stoliki odsunięto pod ścianę aby powiększyć parkiet. Nie zdało się to na wiele – i tak pęka w szwach. Wszyscy czekają. Choć jednak słychać szum rozmów to bez problemu wyczuwamy napięcie dryfujące w powietrzu wraz z dymem. Z każdym kolejnym krokiem wgłąb widowni atmosfera tego miejsca zaczyna mnie coraz ciaśniej oplatać. Gdy kolejny rząd ludzi domyka się za moimi plecami tracę coraz bardziej możliwość szybkiego przedostania się do wyjścia. Mógłbym czuć się jak w pułapce, jednak jakiś wewnętrzny podszept utwierdza mnie w przekonaniu, że rano nie będę żałował ani jednej sekundy spędzonej w tym miejscu.

Skrzypnięcie drzwi oznajmia koniec przerwy. Nadchodzą muzycy. Ostatnim przygotowaniom towarzyszy prawdziwe skupienie. Wynika ze świadomości pokładanych w nich nadziei. Wokalista z namaszczeniem rozpalił cygaro i z wolna rozpoczął wystukiwanie nogą rytmu. Podchwyci to perkusista, kilkakrotnie uderzył w pałki dyktując pozostałym tempo. Po kilku taktach odzywają się ciepłe uderzenia strun pianina. Gdy powietrze poruszy pulsujący bas, w jednym momencie ten przed chwilą jeszcze uśpiony tłum w mgnieniu oka zacznie tańczyć. Kiedy powietrze przeszyje piskliwy dźwięk trąbki – ludzie oszaleją. Wśród akompaniamentu orkiestry, okrzyków i oklasków dobiegających z widowni na scenę dumnie wkroczy gwiazda. Nie tylko tego wieczoru, ale także każdego następnego. Dla niej tu jestem, tak samo jak pozostali. To jedna z tych kobiet, w której jesteś w stanie zakochać się nie zamieniając z nią nawet jednego zdania. Kobieta, której jesteś w stanie wybaczyć każdą niedoskonałość. Jej pojawienie się sprawi, że członkowie zespołu skiną głowami a ich twarze rozluźni uśmiech. Diwa odziana w błyszczącą, opinającą suknię rozpocznie:

 

Can you speak your words of bedtime

I was just saying to myself the other day

Most of believing the magician

But you’re bewitching

Because of this I must say

I appreciate what you give to me

I appreciate what you give to me

 

 

Ci, którzy mieli już wcześniej okazję widzieć ten zespół odetchną z ulgą. Żywe retrospekcje wieczoru pełnego muzyki, czaru, podobnego do najsłodszego szeptu głosu wokalistki nie są tylko wybrykiem pamięci, podkolorowaniem wspomnień. To naprawdę miało miejsce. To dzieje się także teraz.

Ci, którzy Królową i jej orkiestrę podziwiają po raz pierwszy dopiero teraz będą w stanie w pełni zrozumieć wypełnioną młodzieńczym zachwytem mowę ciała osoby, która kazała im tu przyjść. Jedni i drudzy nie będą chcieli pamiętać o nadchodzącym już za parę godzin poniedziałkowym poranku, zimnej rutynie którą niezaprzeczalnie zapowiada. Poddają się pulsującemu rytmowi, zanurzają się w ciepłych dźwiękach, topią w spojrzeniach i uśmiechach. Na koniec znikają by móc jak najdłużej rozkoszować się smakiem tej najprzyjemniejszej z nieświadomości. Do świtu zostało już tak niewiele czasu.

 

mp3

 

 





„To jest szansa na blogowy debiut roku!”

6 03 2008

Witam!

Informacja zawarta w tytule jest prawdziwa – to mój debiut, blogowy coming out! Niech świat dowie się, że piszę (precyzyjniej: będę pisał)! O czym? O muzyce – głównie o niej. Lecz nie tylko – także o filmach, pewnie trochę o polityce, pewnie trochę o sporcie. Postaram się zamieszczać recenzje, przemyślenia, komentować wydarzenia, stawać się dziennikarzem. Blog będzie miał charakter oficjalny, chciałbym żeby stał sie rodzajem mojego portfolio.

W najbliższych dniach  postaram się uzupełnić podstronę ‘o autorze’, dodać oświadczenie-ostrzeżenie dotyczących plików muzycznych w formacie mp3, do których odnośniki z pewnością będą umieszczane. Gotowy jest już temat nowego artykułu, pozostaje tylko go napisać!

Do dzieła!








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.